IM semestru trzeciego ciąg dalszy. 2011-11-29 23:02:13
W obliczu nowo poznanej czarnej wizji zagłady cywilizacji poprzez impuls elektromagnetyczny zaczęłam się zastanawiać, czy mój zawód ma przyszłość. I czy dowiedziałam się o nim czegoś więcej.
Inżynieria materiałowa jest dla inżyniera tym, czym matematyka dla wszystkich nauk ścisłych - każda jej potrzebuje, stanowi ona elementarne narzędzie do pracy, na każdym kierunku poznawane są niezbędne podstawy, ale to absolwenci matematyki są ekspertami i poznają największy zakres materiału.
Coraz bardziej podoba mi się to, czego się uczę. I nie żałuję już ani trochę, że wybrałam inżynierię materiałową. Oczywiście nadal nie do końca wiem, czy te studia zapewnią mi to, o czym marzę, ale czuję się dobrze na tym kierunku. Przyzwyczaiłam się nawet do fizyki, która jest wszędzie.
Kilka dni temu uczestniczyłam w wyjątkowym wydarzeniu na moim wydziale. Przyjechali przedstawiciele kilkunastu firm z Doliny Lotniczej, rozmawiałam z ludźmi ze środowiska inżynierskiego, współpracującymi z inżynierami materiałowymi, miałam okazję zadać kilka pytań. Bardzo mi się to podobało. I chociaż planowałam nie iść, bo miałam się uczyć na fizykę i kolokwium z wytrzymałości konstrukcji, to cieszę się, że poświęciłam te dwa przedmioty na rzecz inwestycji w przyszłość i zorientowania w rynku, tak to sobie tłumaczę, bo marne szanse, żebym tą konstrukcję zaliczyła.
A tymczasem wrócę do czytania termodynamiki, bo planuję zaliczyć kolokwium z wykładów, na których byłam dwa razy od początku semestru.
skomentuj (0)
"What can you do when your good isn't good enough?" 2011-11-08 10:54:06
Motywacja do nauki jest większa, kiedy mam cel. I kiedy mam szanse. Dobra ocena albo inny sukces dodają sił, ich brak zostawia mnie bezsilną przed problemami. Co zrobić? Pierwsza myśl, to rzucić wszystko i położyć się spać albo pojechać gdzieś daleko od książek, od uczelni... Najprostsze rozwiązanie, tylko że donikąd nie prowadzi. Niczego sensownego nie przyniesie, niczego dobrego. Dlatego decyduję się na coś odmiennego. Zacisnąć zęby i uczyć się dalej, na siłę, mimo wszystko, taki jest plan. Tylko ciekawe dokąd on mnie doprowadzi...
"When you try your best, but you don't succeed
(...)
When you feel so tired, but you can't sleep
Stuck in reverse"
[Coldplay "Fix you"]
skomentuj (0)
Nowy rok, nowe oczekiwania, nowe problemy. 2011-10-07 00:03:38
Okropnie się bałam tego nowego semestru, ale ja chyba taka już jestem, że wszystkiego się boję. Muszę przestać i cieszyć się tym, co jest. Np. nowym pokojem w sezamie :) Jest naprawdę ładny, ma ładne meble (oprócz szafy, kretyńskiej i śmierdzącej jak wszystkie w akademiku). Mamy nawet stół! Niestety są dwie zasadnicze wady: nie ma drzwi w łazience i jest kosmicznie zimno. Kinga ma super piecyk, chyba tez zainwestuję w taki.
Jestem nowej grupie. A precyzując, jestem nowa w grupie. Moja stara grupa została podzielona na pół i rozrzucona do dwóch pozostałych. Niby znałam wszystkich, ale jakoś czuję się wyobcowana. Dziewczyny z akademika bardzo mi pomagają, ale i tak jest dziwnie. Wiem, że czeka mnie mega dużo nauki, będę musiała się starać. Póki co napisałam jedno sprawko (a raczej przepisałam z zeszłego semestru, to temat był ten sam), a naukę odkładam na... nie wiem na kiedy, pewnie na niedzielną noc...
skomentuj (0)
Kolejne kryzysy. Te same problemy. Nowe rozwiązania. 2011-09-15 22:57:14
Ogólnie wakacje bez szału. Było kilka miłych kwestii, ale w podsumowaniu wakacje uznaję za nieudane i kompletnie bezproduktywne. Najlepszy był chyba wyjazd do babci, na samym początku, bo wtedy wróciła do mnie jakaś radość życiowa. Nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy do momentu, kiedy mama powiedziała mi, że już dawno tak się nie śmiałam, że z Warszawy wróciłam jakaś taka odmieniona i smutna.
Dziś spotkałam się z Paulą i to była najmilsza rzecz od wielu, wielu dni. Było prawie tak, jak kiedyś. Rozmawiałyśmy. Poczułam namiastkę przeszłości, za którą nieświadomie nadal tęsknię. A nie powinnam, bo po co...
Też miło było się spotkać z Agnieszką. I najważniejsze było, że dowiedziałam się, a może tylko upewniłam, że nasza przyjaźń nadal istnieje. Byłam przekonana, że po roku rozłąki nie będzie między nami tak jak kiedyś. Myliłam się, na szczęście. Okazało się, że obie tęsknimy za tym, co było i chcemy, żeby między nami było tak jak kiedyś, nawet pomimo zaledwie trzech czy czterech spotkań w roku.
Jeszcze wycieczka do S-c. Tylko ja i M.
Po raz kolejny i mam nadzieję ostateczny, postanowiłam zostać na WIMie. I chociaż boję się wracać, wiem, że robię dobrze. Będzie dobrze. Musi być.
skomentuj (0)
Jestem sentymentalna. Bardzo. 2011-07-04 02:02:18
Weszłam na swojego bloga i zaczęłam czytać stare notki. Chciałam przypomnieć sobie jak zaczęła się moja znajomość z M., jak o nim myślałam na początku. Zaczęłam od lipca 2009. Tak wiele się od tamtej pory zmieniło. Już nie jestem tą samą dziewczyną, którą byłam dwa lata temu. Niby normalna sprawa, szkoda tylko, że odnoszę wrażenie, iż nie jest to zmiana na lepsze...
Do wspomnień sprowokowała mnie rozmowa z A., jej pytania o kontakty jakie utrzymuję z dziewczynami z liceum, a raczej nie utrzymuję. Bo prawda jest taka, że nie rozmawiałam z nimi od dawna. Od wielkanocy. A tak naprawdę, to nie rozmawiałyśmy od kwietnia 2010, kiedy to skończyła się szkoła... Myślałam, że skoro będziemy studiować w tym samym mieście, to nie będzie problemów ze spotykaniem się. A tymczasem zachowujemy się jak obcy ludzie, w ogóle nie rozmawiamy. One mają siebie i nie potrzebują mnie. Mają swoich znajomych, swój świat, nowy świat. Nie winię ich za to, ja też nie wykazywałam żadnej inicjatywy do spotkań. Może poza jedną, kiedy przyjechała Paula. Wtedy one wszystkie zawiodły i Pauli było bardzo przykro, mnie też. Bardzo mi brakuje moich przyjaciółek, nie da się od tak zapomnieć szcześciu lat spędzonych razem, setek wspólnych imprez, milionów rozmów...
Ten rok był dla mnie ciężki. Rozstanie z dziewczynami nie przyszło łatwo, ale ostatecznie się z tym pogodziłam. A przynajmniej tak mi się wydaje. Być może kiedy się spotkamy będzie miło, może nawet bardzo, ale wiem na pewno, że nie będzie tak jak kiedyś. Ja nie jestem już taka jak kiedyś.
skomentuj (1)
Cały pierwszy rok. 2011-06-29 00:38:18
Pierwszy dzień w akademiku. Poznaję okolicę, pokój... Rozpakowuję się, sprzątam, rozplanowuję co gdzie położyć, co gdzie schować. Jest dziwnie, trochę obco, ale mam świadomość tego, żę będę tu mieszkać. Przynajmniej przez 9 miesięcy. Tu będę spędzać większość każdego dnia, smutki i radości, tu będę uczyć się i odpoczywać. Mój drugi dom...?
Tak było dokładnie dziewięć miesięcy temu. Dziś pakuję swoje rzeczy do toreb i pudeł i wracam do domu na wakacje. Pakuję dziewięć niezapomnianych miesięcy. To trudniejsze niż myślałam. Dużo się tego wszystkiego nazbierało. Dużo rzeczy, dużo wspomnień.
Znalazłam w szufladzie serce wycięte z tekturowej kartki, które zapisałyśmy z dziewczynami różnymi męskimi imionami na wróżby andrzejkowe. Znalazłam wieszaczki plastikowe, które wielokrotnie przyklejałam do regału. Znalazłam bilet wstępu do Zamku królewskiego, byłam tak z M. trzeciego października. Początek był trudny, zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać. Im więcej poznawałam osób, tym bardziej mi się podobało. Z czasem jednak coś zaczęło się psuć. Coś było nie tak. Ostatecznie podjęłam decyzję, że zostaję, od października wracam na wim. Zaliczyłam sesję i teraz jedynym problemem jest zebranie wspisów...
Pokój 315C pamięta wiele przykrych momentów, ale chyba jeszcze więcej radosnych. Aż żal mi wyjeżdżać. Ale nie mogę się już doczekać kiedy wreszcie znajdę się w domu.
skomentuj (0)
Sny tuż przed końcem roku... 2011-06-19 11:01:54
Dzisiaj mi się śniła sesja, koniec semestru. Siedieliśmy ze znajomymi w akademiku i kończyliśmy rysunki na grafikę. Mnie został już tylko jeden, niektórzy mieli po trzy. Na takich rysunkach zawsze musieliśmy pisać datę rysowania. Pamiętam dokładnie, że we śnie najpierw napisałam 01.06, a potem starłam i próbowałam przeprawić na jakąś wcześiejszą, bo, jak opowiedziałam znajomym, głupio będzie jak oddam rysunek i prowadzący zobaczy, że robiłam go dzień wcześniej, podczas gdy miałam na to trzy miesiące.
Strasznie nie lubiłam grafiki, to był dla mnie koszmar pierwszego semestru. Ale niesamowite było to, że tak wyraźnie widziałam we śnie datę.
Oprócz tego śniło mi się, że byłam na czymś w rodzaju pokazów z wydziału Mechatroniki i oprowadzał mnie mój znajomy z akademika z tego właśnie wydziału. Nie było by w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że te pokazy odbywały się w mojej podstawówce. Uwielbiam sny.Jeszcze w międzyczasie śniło mi się, że moja koleżanka z podstawówki jest w ciąży (to chyba przez to, że przed snem oglądałam "Licealne ciąże" ;p). Dawno już nie pamiętałam tylu snów. Może dlatego, że dawno już nie spałam tak długo... 9 godzin snu, w tym semestrze to się chyba nie zdarzało. 5 godzin, to było sporo, 3, 2, 1,5 - bywało i tak... A teraz został mi już tylko jeden egzamin, wydawałoby się, że najprostszy, ale jakoś czarno go widzę.
Już niedługo wakacje...
skomentuj (2)
Bariera potencjału..? 2011-06-13 23:00:00
Sezamville. Mieszkamy razem zaledwie kilka miesięcy, a jednak wytworzyła się między nami jakaś więź. Wiele nas łączy, szczególnie nas z WIMu. Dziewczynom zależy na studiach, starają się, nie tak jak u mnie w grupie. "Jak widzę na wydziale kogoś z Sezamu, to tak jakbym spotkała domowników" - słowa Kingi. Mamy wspólne radości, imprezy, niezapomnane przyjęcia urodzinowe. I mamy problemy, brudną kuchnię, zapisy na pranie, wadliwy odkurzacz-garnek, przeciekający dach i przede wszystkim brak internetu. Czasem mam wrażenie, jakby Sezam był taką wielką ciemną jaskinią, która broni przed obcymi, jest zbiorem tylko dla swoich mieszkańców. Kliniką odwykową dla uzależnionych od internetu. Brak połączenia z siecią odgradza nas od świata i zbliża do siebie nawzajem. Przekraczając wrota Sezamu odcinam się od świata zewnętrznego. Wiem, że nie jest to możliwe, ale przynajmniej wszelkie ogólnoświatowe problemy są mi obce.
Mury Sezamu chronią przed niektórymi informacjami. Niestety, 'chronią' oznacza także 'izolują'. Nie mam dostępu do maila, co najbardziej mi przeszkadza, bo szczególnie mail wydziałowy jest skarbnicą materiałów i informacji. Ale jakoś sobie radzimy. Bo człowiek ewoluuje (a przynajmniej powinien). Potrafi dostosować się do sytuacji i radzić sobie z przeszkodami, szczególnie tak trywialnymi jak brak internetu.
skomentuj (1)
Poszłam na przystanek po internet, zaraz wracam... 2011-06-08 13:59:36
Nie mam wpływu na tak wiele spraw, że momentami wszystkiego mi się odechciewa. Brakuje motywacji do jakiegokolwiek działania. Nie mam dostępu do internetu i nic nie jestem w stanie z tym zrobić. Moją jedyną szansą jest pójście na przystanek autobusowy albo szukanie niezabezpieczonej sieci na ulicy... Mam dość. Nie mam wpływu na to, że mam beznadziejnych ludzi, którzy prowadzą zajęcia i nie wiadomo czego się uczyć na zaliczenie. Nie mam żadnego wpływu na to, że nie rozumiem tego, czego się uczę. Że wykładowcy się mylą. Że w książkach są błędy. Że w książkach są sprzeczne informacje. Że najbardziej na świecie chciałabym teraz położyć się spać...
Czasami jest mi przykro, bez żadnej konkretnej przyczyny, tak po prostu, bardzo przykro. Kiedyś tak nie było. Nie wiem co się zmieniło. Chyba wszystko. Ale czy to oznacza, że zmieniło się na gorsze? Czy mam zmienić wszystko jeszcze raz? Nikt nie może mi pomóc. Na to może teoretycznie miałabym wpływ, ale nawet nie wiem jak się do tych zmian zabrać, chyba nie mam siły...
[Napisane we wtorek w nocy, wstawione następnego dnia, kiedy to sygnał internetowy wątpliwej jakości został zauważony na niewielkim obszarze pod routerem na korytarzu na trzecim piętrze]
skomentuj (1)
Poniedziałek 2011-05-30 22:50:31
Przed chwilą prawie wylałam kawę na laptopa. Jak to poważnie brzmi. Kawa, laptop, biurko... Dochodzi 23, a ja jestem w lesie z nauką, tzn siedzę nad tym już od jakiegoś czasu, ale to ciągle za mało, ciągle jest za mało.
Pamiętam jak kilka miesięcy temu, w sesji, nasz pokój, cały nasz segment znajdował się w lekkim chaosie, sterty niepozmywanych naczyć, nieodkurzany dywan, stosy książek i notatek dookoła... To była sesja. A potem przyszedł drugi semestr, cały jak sesja. Ciągle nauka, ciągle brakuje czasu, wciąż jest coś do zrobiebienia, do przeczytania, do napisania, na jutro, na już... Aż się boje jak będzie wyglądała sesja, skoro cały semestr to brak snu i walka ze sobą, o przetrwanie, z dnia na dzień. Byle do jutra, byle do środy, byle do wakacji...
skomentuj (0)
Łzy 2011-04-12 22:07:54
Jednak płaczemy. Płacz jest niekontrolowanym źródłem emocji. Reakcją ciała na ból duszy. Jedynym ratunkiem w sytuacji bez wyjścia. I chociaż pozornie niczego nie zmienia, pomaga. Pomaga wtedy, kiedy wszystko inne zawodzi. Pomaga wtedy, kiedy nie wiemy co robić. A może wcale nie pomaga? Może jest oznaką słabości i beznadziei?
Płaczem można wyrazić tak wiele, często więcej niż byśmy chcieli.
Tylko co zrobić, kiedy widzimy, że ktoś płacze?
skomentuj (2)
Mamy problem... 2011-04-10 21:12:00
Niezdecydowanie. To jest moja wada.
Nie mogę skupić się na fizyce, kiedy w głowie siedzi nierozwiązany problem.
Może łatwiej byłoby zamieszkać z M.? Może gdybym miała go obok siebie blisko, cały czas, byłoby mi lepiej. Nie wiem i jedyne czego w tej chwili jestem pewna to tego, że mam ochotę rozpłakać się i wyrzucić z siebie te wszystkie wątpliwości. Wiem, że nie mogę tego zrobić, bo to nie jest żadne rozwiązanie, no i nie chcę ściągać niczyjej uwagi. Ostatnią rzeczą, której w tej chwili potrzebuję, jest tłumaczenie komuś jakie mam problemy. Bo przede wszystkim to ja chyba mam problem ze sobą. Mam chłopaka, który kocha mnie ponad wszystko. Jest w stanie przeprowadzić się do akademika, gdzie nie ma nikogo z jego wydziału tylko po to, żeby być bliżej mnie. Jest bardzo wyrozumiały i nie chce naciskać na mnie, kiedy ja jestem czemuś przeciwna. Czasami wydaje mi się, że coś tworzy problemy między nami. Bo on daje z siebie tak dużo, a ja jestem samolubna i decyduje się na mieszkanie jeszcze dalej niż do tej pory. Są różne opcje. Ale ja wybieram największy dystans, ja zawsze wybieram największy dystans.
-Mieliśmy taką samą rozmowę rok temu.
-Tak, ale myślałem, że przez ten rok coś się zmieniło.
I wyszło na to, że z mojej strony przez rok bycia razem nie zmieniło się nic. To oczywiście jest nieprawdą,ale... No właśnie. Faktycznie jesteśmy na tym samym etapie co rok temu. Czy to możliwe, że przez 8 miesięcy nic się nie zmieniłam??
Nie zostanę w Sezamie. Chcę mieć internet. M. nawet ten problem umiał rozwiązać.
-Gdybym mieszkał w jedynce, kupiłbym jakiś internet i przywiózł router, tak żebyś i Ty mogła krzystać.
Dlaczego ja nie potrafię docenić tak cudownego chłopaka? Już po raz drugi doszło między nami do spięcia, na tyle poważnego, że mogło stanowić podstawę do rozstania. I po raz kolejny z mojej strony skończyło się płaczem. W takich momentach zaczynam wątpić w to, czy aby na pewno z upływem czasu staję się poważniejsza i silniejsza. Nie jestem silna. Sądziłam, że będzie mi łatwiej, że lepiej zniosę pierwszy rok studiów. Nie przypuszczałam, że będzie tyle smutnych chwil.
skomentuj (0)
Studia 2011-04-02 23:42:25
Nie jest łatwo. Będąc w liceum, słyszałam różne kwestie na temat studiów, m.in. że już nic gorszego niż VILO mnie nie spotka. Czasem, kiedy o tym myślę, zastanawiam się, co ta osoba studiowała, bo u mnie zdecydowanie nie jest łatwo. Ciężko jest porównywać to do liceum. Jest zupełnie inaczej, inne są wymagania, większe, a jednocześnie nikogo nie obchodzi czy coś umiem czy nie. To jest tylko moja sprawa. Jeśli się nauczyłam, mogę dostać jakąś pozytywną ocenę (niekoniecznie adekwatną do poziomu wiedzy), jeśli nie, ... no właśnie, co jeśli nie zaliczę? "Zapraszamy za rok", mówią ćwiczeniowcy bez jakiegokolwiek uczucia. Im nie zależy. Na 100 studentów jest jeden wykładowca, któremu, mam wrażenie, na nikim nie zależy. Nie ma znaczenia czy ktoś ma dobrze wyniki czy złe. Każdy jest traktowany tak samo, pretensjonalnie i bez cienia współczucia. Jest termin zaliczenia, pierwszy, drugi,... Zaliczyłeś? Twoja sprawa. Zrozumiałeś cokolwiek? O to już nikt nie pyta. To nikogo nie interesuje. Tutaj każdy dba o siebie i swoje osiągnięcia.
"Umiesz liczyć, licz na siebie". Nie przypuszczałam, że akurat ta, spośród wielu rzeczy, których nauczyłam się w liceum, przyda mi się najbardziej.
Takie są moje odczucia w obecnej chwili odnośnie studiów. Mam nadzieję, że to się zmieni, bo taki stan nie do końca mi ospowiada.
skomentuj (0)
20 2011-02-28 02:03:49
Moje 20 urodziny. Spędziłam je w bardzo miły sposób, z ludzmi, których kocham. Dostałam cudowne prezenty. Brakowało mi przyjaciół z liceum, ale myślę, że to część pewnego procesu, który czasami określam jako przyzwyczajanie się do nowego życia. Bo tym właśnie są studia. Zupełnie nowym etapem w życiu. Nie chcę zrywać z tym poprzednim, ale duży dystans jest nieunikniony. Właściwie to nie dystans, bardziej izolacja, tęsknota...
Ale wracając do urodzin...
Początkowo byłam niezadowolona z faktu, że wypadają one w niedzielę. Ale teraz uważam, że to najlepszy układ, jaki mogłabym sobie wyobrazić w obecnej sytuacji. W piątek pojechałam do domu, pomagałam Kasi piec tort. Wyszedł jej genialny! Aż się teraz martwię, co ja dla niej zrobię/kupię na urodziny, żeby to wszystko zrównoważyć. W sobotę byliśmy całą rodziną na zakupach, a po południu przyszedł Marcin. Spędziliśmy w piątkę bardzo miłe popołudnie. Niedziela to powrót do Wawrszawy. Zaczęło się dosyć klasycznie: najpierw do M. zostawić Jego rzeczy, potem poszliśmy na przystanek, żeby pojechać do mnie. Staliśmy na przystanku i żaden autobus nie przyjeżdźał, bylo strasznie, strasznie zimno, więc postanowiliśmy,że pójdziemy na tramwaj. W międzyczasie rozmawialiśmy o Macu i pod wpływem spontanicznej decyzji pojechaliśmy na centralny do Maca ;p Mieliśmy zamówić sobie Happy Meal, ale standardowo skończyło się na Mc zestawach. Posiedzieliśmy tam dosyć długo. Zebrało nam się na rozmowy, o nas, o naszej przeszłości, o całym naszym związku, o tym jak bardzo każde z nas zmieniło się pod wpływem drugiej osoby, o tym, jak wiele razem przeszliśmy i jak dużo mamy cudownych wspomnień. Było bardzo miło. W końcu pojechaliśmy do mojeg akademika. Przy wejściu do segmentu zagadał mnie P., żebym koniecznie na chwilę do niego poszła, bo on pisze sprawozdanie na ćwiczenia i nie może sobie z jedną kwestią poradzić i wymyślał jeszcze inne śmieszne i mało prawdopodobne wymówki. Pomyślałam sobie, że może Marlena ma dla mnie jakiś prezent i nie zdążyła go np. spakwać czy coś takiego (dla Ewy składaliśmy się na prezent na urodziny). Kiedy wracałam do siebie, drzwi do pokoju były już zamknięte. Otworzyłam i zobaczyłam najbardziej niezapomniany widok na świecie. Urocza dekoracja, balony i moje koleżanki i koledzy z akademika, śpiewający STO LAT! Przygotowali mi imprezę niespodziankę! Jeszcze nigdy czegoś takiego nie miałam. Było mi tak stasznie miło, nadal jest! Jestem im bardzo bardzo wdzięczna. Dostałam też śliczne kolczyki i bardzo ładny kubek... A potem przyszło więcej osób, w sumie chyba ze 20! Wszyscy z życzeniami dla mnie. To był bardzo miły dzień.
Nie wiem jak jutro wstanę na zajęcia. 4 i pół godziny snu będą musiały wystarczyć. Ten dzień był tego wart.
skomentuj (0)
Ferie 2011-02-12 12:58:36
Pierwszy semestr studiów zakończony. Zaliczony. Wszystkie egzaminy zdałam. Miłą niespodzianką było to, że wszystko udało się zaliczyć w pierwszych terminach, wszystko możliwie najszybciej. Nie poszłam na zerówkę z chemii, chociaż miałam taką możliwość, ale teraz wcale tego nie żałuję, bo z pierwszego terminu dostałam 5! Ogólnie moje oceny nie są jakieś super porażająco dobre, ale i tak jestem zadowolona. Z matematyki, chemii, nawet z fizyki, pomimo 3.5. To był ciężki semestr, pełen trudnych spraw i niewesołych momentów. Ale jednocześnie wydarzyło się tak wiele, dużo radości, przyjemnych chwil, poznałam świetnych ludzi. Teraz sprawy się trochę pokomplikowały w kwestii wyboru języka obcego, ale mam nadzieję, że jakoś się wszystko ułoży.
Ostatecznie po ciężkich 4 i pół miesiącach mogę spokojnie odpoczywać w domu. Przynajmniej przez najbliższy tydzień. Bo potem z prowrotem do Warszawy, zacząć nowy semestr.
Ferie!
skomentuj (0)
Coraz bliżej sesja.../ 2011-01-27 21:08:19
Kolokwium z matmy zaliczone. Bez rewelacji, ledwo, bo niewiele ponad 60%, no ale zaliczone. Ćwiczenia z pnomu zaliczone, nawet na 4,5. Nie najlepiej niestety poszła mi druga repeta z matmy. I grafika. Głupia grafika. Ostatnio stwierdziłam, że gdyby nie zaliczył mi ćwiczeń z grafiki i musiałabym przechodzić przez te wszystkie rysunki jeszcze raz, to najpierw bym się popłakała, a potem poszła na uw. Zrezygnowałabym z tytułu inżyniera, bo nie wytrzymałabym psychicznie kolejny raz takich męczarni. Jeśli tylko zaliczę grafikę, obiecuję, że z kimś ją opiję. Po sesji oczywiście, ale obiecuję.
Ciężko jest.
skomentuj (1)
This is sesja! 2011-01-24 11:02:01
Nadszedł ten koszmarny tydzień. 8 kolosów/zaliczeń/itp... Przeraża mnie to. Bo ile można się uczyć? I czy w takim natężeniu nauka będzie w ogóle efektywna?
A chwilami, jak zacznę to dogłębniej analizować, to trochę się uspokajam. Bo już dzisiaj na test z fizy 0 nie poszłam, a jutro mam tylko jedno kolokwium z fizyki, fakt, że kosmiczne, ale tylko jedno. Na środę będę musiała nauczyć się całek na kolosa i cokolwiek przejrzeć notatki z POI, chociaż podobno tam i tak nauka nie ma sensu, bo zaliczenie tego testu to kwestia szczęścia... Czwartek będzie bardzo ważny i do niego zaczęłam się uczyć już w sobotę i poświęciłam też całą niedzielę. Wstałam o 9 i już od śniadania uczyłam się matmy i tak do 14, kiedy przyszedł M. i rysowaliśmy rysunek na grafikę, 17 do kościoła, a potem od kolacji do 1 znowu matma. I dziś od 8 od nowa. Ale wytrzymałam tylko ok 1,5 godz. Bardzo mi zależy na zaliczeniu tego repetytorium, nawet chyba bardziej niż na kolosie z matmy. A do tego jeszcze dochodzi PNOM, który muszę zaliczyć conajmniej na 3, bo już z części wykładowej mam 3... A do tego raczej nie będę się uczyć, też pójdę na farta. W piątek ponoć jest zerówka z chemii, chciałam iść, ale obawiam się, że nie będę w stanie się nauczyć. A jeszcze w sobotę B2. Podobno jest łatwe, ale i tak muszę cokolwiek zajrzeć do ang... A od poniedziałku sesja.
Ciekawe jak sobie poradzę.
skomentuj (0)
2011 2011-01-10 18:13:26
To był ciężki rok. I jednocześnie cudowny rok. Tak wiele się wydarzyło w 2010. Mnóstwo przełomowych momentów, dużo pracy, jeszcze więcej radości. Matura i początek studiów. Marcin.
Kiedy myślę o tym wszystkim, to wydaje mi się, że wyczerpałam limity szczęścia. Bo chociaż często bywałam i bywam smutna, zamyślona i udręczona problemami, to w ogólnym podsumowaniu miniony rok wydaje mi się cudowny. Stało się tak wiele rzeczy, których pragnęłam. Spełniłam cel, o którym marzyłam. Teraz czas na kolejne, ale na razie nic konkretnego nie przychodzi mi do głowy. Na pierwszy plan wysuwają się ambicje związane ze studiami. Btw, wydaje mi się, że jednak zostanę na WIMie, pomimo wątpliwości, które miałam na początku. Zaczynam się przekonywać do takiego zawodu. Coraz częściej myślę o przyszłości, o tym, czy jestem gotowa na dorosłe życie. Nie chcę być. Ale chyba po części jestem. Studentów traktuje się tak, jakby byli pomiędzy dorosłymi a młodzieżą. Nie jesteśmy dziećmi, dwudziestka na karku to już standard w tym środowisku. Ale też nie chcemy być dorośli.
Ale odeszłam tematu.
Otóż rok 2010 na zawsze pozostanie w mojej pamięci jako przełomowy. Pełen wspomnień, które chcę zachować.
Początek studiów był niesamowicie ekscytujący. W sumie nadal jest. Cieszę się, że mogę tego doświadczać. Podoba mi się mieszkanie w akademiku. Fajnie jest zawsze mieć z kim pogadać. Tu musze zwrócić uwagę na subtelną różnicę między "pogadać" a "porozmawiać", bo w akademiku jest sporo ludzi do pogadania, naprawdę fajnych ludzi, z którymi można bardzo miło spędzić czas. Ale żebym mogła z kimś porozmawiać, muszę tego kogoś lepiej poznać. A na to potrzeba więcej czasu. Bardzo mi pomaga to, że mam tak blisko Marcina i że Kasia mnie tak dobrze rozumie. To jest dla mnie teraz szczególnie ważne, bo nie mam tu nikogo, kto by mnie tak dobrze znał i rozumiał.
Zbliża się sesja. Już powoli zaczynam się oswajać z tą perspektywą. Najlepiej Coś genialnego powiedział mi wczoraj kolega z akademika, 3 rok Mchtr, "Sesja? Masz 3 egzaminy w dwa tygodnie. Co to jest? To wcale nie jest tak źle." Hej, w sumie racja, pomyślałam. Fakt, że każdy taki egzamin obejmuje dużą partię materiału, ale nie może być aż tak źle. Szczególnie gdyby chociaż jeden udało się zaliczyć wcześniej. Którykolwiek (a najlepiej fizykę ;p). Więc może faktycznie nie będzie tak strasznie jak sobie wyobrażałam? Jest nadzieja.
Dobrze, że Marcin przestał zaglądać na mojego bloga, bo zaraz by się dopytywał co to za kolega. W sumie sama się dziwię, że pozwoliłam mu tu zaglądać. Ale On stał się tak ważną częścią mojego życia, że cieszę się, że może znać nawet moje mysli, szczególnie że przekazanie ich osobiście może stwarzać problem, zwłaszcza tych najbardziej nieuporządkowanych myśli.
Dzisiaj zdecydowania mam dzień lenia. Obawiam się, że spędzę tak cały tydzień. Wiem, powinnam się cieszyć. Ale też powinnam się uczyć do sesji. I do tych wszystkich kolokwiów, które będą jeszcze przed sesją. Ale problem tkwi w tym, że żadne z nich nie jest w tym tygodniu.
skomentuj (0)
Coraz bliżej święta... 2010-12-20 23:30:41
Coraz bliżej święta. Już jutro jadę do domu na święta. Uwielbiam Boże Narodzenie. Nawet kiedy wiem, że muszę przez te wolne dni nauczyć się granic, pochodnych i różniczek. Cieszę się, że idą święta.
Jeszcze tylko dwa kolokwia... Jedna noc. I 7 godzin na wydziale.
Zaliczyłam test z ang na 63/70, czyli zakwalifikowałam się do testu B2. To dobrze, bo już się zapisałam. I może też z tego ang coś sobię powtórzę w święta jak znajdę chwilę. Ale zbyt wielkich nadziei nie pokładam w moją świąteczną naukę, wiem, że to nigdy się nie udaje. Zobaczymy.
Byle do jutra. Do 16.
skomentuj (0)
Nauka 2010-12-07 21:28:27
Politechnika to miejsce, gdzie powstaje nauka. Tak powiedział jeden z profesorów na zajęciach z PNOMu w ubiegłym tygodniu. Przypomniałam sobie o tym właśnie teraz, ponieważ czytam podręcznik do chemii nieorganicznej i staram się zrozumieć to, co najwybitniejsi naukowcy opracowywali przez wiele lat. Zdaję sobie sprawdę, że treści przeznaczone dla studentów pierwszego roku muszą być w pewnym stopniu okrojone, ale i tak uważam, że to bardzo trudne, zrozumieć to, co zrozumieli tylko ci najmądrzejsi, to, czego przez wiele lat naukowcy nie potrafili wyjaśnić. Według słów innego wykłdowcy, matura już napiasna, a teraz trzeba zacząć myśleć. Nauczyć się odpowiedzi na pytanie to tylko połowa suckesu. Zrozumieć o czym mowa, to jest wyzwanie, które ów doktor staiwa przede mną. Chemia jest fascynująca i ma w sobie tak wiele nierozwiązanych jeszcze kwestii. Chciałabym być naukowcem. To jest mój wymarzony zawód (w chwili obecnej). Chciałabym zajmować się czymś, co ma znaczenie, służyć ogólnemu dobru.Nie wiem tylko, czy jestem wystarczająco dobra. Bo do tego trzeba czegoś więcej niż tylko dobrych wyników z kolokwiów.
Byłam dziś na zakupach po południu, jadąc autobusem zwróciłam uwagę na towarzyszących mi ludzi, wracali z różnych miejsc, z pracy, z zakupów...Zaczęłam sobie wyobrażać, jak wygląda ich życie. Wstają codziennie rano, przygotowują sobie śniadanie, siedzą cały dzień w biurze, firmie, fabryce, po południu albo wieczorem wracają zmęczeni i głodni, muszą przygotować obiad dla rodziny, zrobić zakupy, posprzątać mieszkanie... Są znudzeni, narzekają na swoją pracę każdego dnia. Nie chcę tego. Chcę mieć sensowny powód, żeby wstawać codziennie z łóżka, chcę wiedzieć, że to co robię ma sens, że nie marnuję czasu będąc w pracy, chcę korzystać z życia intensywnie. Nie wyobrażam sobie, że kiedyś będę każdego dnia zajmować się tym samym, bez głębszego celu, bez ambicji. Że będę robić cokolwiek.
Zboczyłam z tematu, ale widok przeciętnych mieszkańców Warszawy tak mnie dziś zainspirował, że nie mogę przestać o tym myśleć. Jak będzie wyglądało moje życie za 10 lat? Gdzie Ci ludzie popełniali błędy, że stali się szarym tłem bez szerszych perspektyw i ambitnych planów? A może to po prostu przychodzi z czasem? Dlatego tak bardzo podoba mi się na mojej uczelni. Widzę pracowników naukowych, którzy robią coś istotnego. Widzę ludzi, którym zależy. I czuję atomosferę wiedzy. Cieszę się, że mogę przebywać w miejscu, gdzie powstaje nauka.
skomentuj (33)
... 2010-12-06 21:30:35
Po raz kolejny zwątpiłam w siebie. Konkretyzując, zwątpiłam w moją umiejętność rozwiązywania zadań z fizyki, zadań, które już umiałam, to wszystko już było! Zaliczałam te partie materiału, z większmi lub mniejszymi trudnościami, ale zaliczałam. Nie rozumiem więc, co się ze mną dzieje. Czy te zadania faktycznie są tak trudne? Mama mi poradziła, żebym poprosiła kogoś, żeby mi wytłumaczył. Dlaczego nie mogę sobie z tym poradzić sama? Nie radzę sobie z grafiką, więc poprosiłam kogoś o pomoc, ciągle pytam. Nie radziałm sobie z repetytorium z fizyki, więc poprosiłam o pomoc. Czy mam prawo prosić po raz kolejny? Czy to nie oznacza, że nie jestem samodzielna? Co ja mam zrobić...? Nigdy nie potrzebowałam aż tyle pomocy. Zawsze radziłam sobie sama, prędzej czy później znajdowałam rozwiązania i pomagałam innym, tak bardzo lubiłam tłumaczyć. A teraz? Teraz nie mam komu tłumaczyć, bo sama niczego tak dobrze nie umiem, poza tym nikt mnie o to nie prosi, a to z kolei sprawia, że czuję się jeszcze gorzej prosząc o pomoc... Czuję się jak ostatnia kretynka, bezwartościowa naukowo, pomyłka studencka... Jest mi z tego powodu tak bardzo przykro, że mam ochotę płakać. Wiem, że to nie jest żadne wyjście z sytuacji, dlatego cały czas się staram. Uczę się, próbuję... Ale wtedy przychodzi wykład z chemii, na którym mam wrażenie, że wykładowca mówi po chińsku, nic nie rozumiem, chociaż bardzo mocno się staram. Repetyturium z fizyki było moim małym sukcesem, bo pomimo kompletnego niezrozumienia na wykładach prof.B, zaliczyłam repetę na 80%, sama siedziałam nad pytaniami, opracowywałam je według kilku książek i notatek, poświęciłam mnóstwo czasu, ale ostatecznie i tak poprosiłam o pomoc. Czuję, że tego sukcesu nie mogę zawdzięczać wyłącznie sobie...
skomentuj (0)
WIM 2010-11-24 00:49:18
No i nie zaliczyłam kolosa z fizyki. Wiedziałam, że tak będzie. Ale nie przypuszczałam, że aż tak beznadziejnie. Dobrze chociaż, że będzie poprawa. Od poniedziałku, a w zasadzie nawet już od niedzieli przygotowuję się do repety z fizy. Skoro nie zaliczyłam koła z ćwiczeń, to niby jak mam zaliczyć wykłady, milion razy trudniejsze?? Ale żeby nie było, nie zrażam się i pilnie opracowuję pytania. Notuję rzeczy, których kompletnie nie pojmuję, ale co z tego...
Jutro będzie lepszy dzień, na pewno. Nie idę na wykłady. Muszę się nauczyć fizyki i chemii. Muszę. A przynajmniej chemii, bo fizyka jest w piątek.
Dzisiaj na fizyce i TI miałam takie chwile refleksji. Zastanawiałam się, jaki kierunek studiów wybrałabym teraz, mając już jako takie pojęcie o niektórych kierunkach i przemiotach. Czysta chemia odpada, nigdy nie chciałam studiować po prostu chemii. IChiP to jak na razie to samo co WIM, a dalej to w sumie nie wiem. Może jakaś biotechnologia? Koniecznie coś mniej fizycznego. Bo ja naprawdę nienawidzę fizyki, jestem już tak zrażona do tego przedmiotu, że autentycznie mnie odrzuca na samą myśl o tym. A jeszcze na TI formatowaliśmy jakieś dane w excelu z pomiarów jakichś ziaren czy drobin i tak sobie pomyślałam, że może to jest coś, z czym będziemy mieć do czynienia w zawodzie. Kiedy przyjrzałam się bliżej tym zestawieniom, wśród wielu zapisanych komórek rzuciły mi się w oczy kolumny zatytułowane dt, dm, ds... "O, nie..." - moja piewsza myśl. Czy to znaczy, że już nigdy nie uwolnię się od tej nieszczęsnej fizyki...? To spostrzeżenie spotęgowało myśli o zmianie kierunku. Byle jak najdalej od fizyki. Może prawo? Dostałabym się na KUL czy coś tego typu. Na szczęście już po chwili przypomniałam sobie, dlaczego nie poszłam na prawo. Wkuwanie na pamięć i jakieś historyczne przedmioty - nie dla mnie. Może łatwiejsze niż fizyka, którą oprócz wkucia trzeba jeszcze zrozumieć, ale mimo wszystko nie dla mnie.
A potem pomyślałam o ćwiczeniach z chemii, na których zawsze mi się podoba, o wykładach z pnomu, które są najciekawszymi wykładami jak do tej pory, o ćwiczeniach z pnomu, które już za tydzień się zaczną. I wreszcie pomyślałam o tym, jak było w pierwszej klasie gimnazjum, kiedy to żałowałam wyboru szkoły i myślałam, czy by nie przenieść się do rejonu. A potem przyśniło mi się coś niesamowitego, "co by było gdyby", i już wiedziałam, że zostanę. I całe szczęście! To była najlepsza decyzja w moim życiu. Ciekawe jak będzie tym razem. Momentami uwielbiam mój wydział i podoba mi się IM, a czasam, jak np. dzisiaj na TI, jest zupełnie odwrotnie. Nie chciałam, żeby ktokolwiek wiedział o moich odczuciach na ten temat. Ale musiałam o tym napisać, jak zawsze, żeby uporządkować myśli.
skomentuj (0)
Dzień jak co dzień 2010-11-17 22:55:39
Kolokwia zaliczone. Z fizyką niestety przegrałam, nie wiem jeszcze w jak dużym stopniu. Ale walka była nierówna. Bo ja kinematyki nigdy nie umiałam i praktycznie zawsze dostawałam z niej 3. Jutro kolokwium Z grafiki. Dziś w moim pokoju było grupowe rysowanie śruby, gwintów, otworów... Mam nadzieję, że dobrze to ogarniam. Wczoraj na zajęciach przez pierwsze 15 minut zastanawiałam się, co to w ogóle jest gwint, a przez kolejne 15 czym są płaskowniki. Teraz już wiem. Co więcej, zaczęłam posługiwać się słownictwem inżynierskim (inżynieryjnym? ;p) i słowa typu sfazowanie czy luz technologiczny nie są mi obce, natomiast kład w pierwszej kolejności kojarzy mi się z rzutem miejscowego przekroju, a dopiero po chwili uświadamiam sobie, że to także czterokołowy pojazd. Wczuwam się w klimat studiów technicznych. W tej chwili mam dosyć pozytywny nastrój, pomimo że jutro czeka mnie kolokwium z jednego z najbardziej stresujących przedmiotów w semestrze i dzisiaj jeszcze dowiedziałam się, że w piątek (czyli pojutrze) będzie test diagnostyczny z języków obcych. A ja miałam taką nadzieję, że zaliczę B2 w jakimś maksymalnie szybkim czasie i nie będę musiała się tym martwić. A tak to nawet nie będę miała okazji czegokolwiek powtórzyć. Mama mnie w tej kwestii po mistrzowsku sprowadziła na ziemię: "Daj spokój, przecież i tak byś się do tego nie uczyła" ;D No niby prawda.
Nienawidzę fizyki, a czeka mnie niedługo kolokwium z hardcore'owych wykładów. Lubię matmę, a jakoś nie znajduję czasu na rozwiązywanie zadać. Ale tak strasznie się cięszę z tych 9 punktów z koła. Bardzo mi na tym zależało, bardzo.
Zastanawiałam się ostatnio czy znajdę tu przyjaciółkę, osobę z którą będę dzielić swoje myśli, tak na co dzień. Zauważyłam, że na moim wydziale jest bardzo dużo ludzi, którzy myślą podobnie jak ja, mają niemal identyczne poglądy na konkretne sprawy, potrafimy w pół zdania zrozumieć o co nam chodzi. To niesamowite. I bardzo miłe. Fajnie się z takimi osobami rozmawia. Ale żeby nawiązać przyjaźnie trzeba spędzać razem dużo czasu, nie tylko na uczelni, przede wszystkim poza nią. A ja rzadko to robię. Chyba, że z ludźmi z akademika. Może z czasem będę miała tu przyjaciół. Przykro mi to stwierdzać, ale wydaje mi się, iż moje przyjaźnie z liceum, moi cudowni znajomi, za któymi nadal tak bardzo tęsknię, że to już się skończyło, że już pozostały mi jedynie wspomnienia...
Moi współlokatorzy z akademika są bardzo w porządku. Późno chodzimy spać i nikomu nie przeszkadza, jak o 23 biorę przysznic. A czasami z moją współlokatorką potrafimy iść spać ok 21:30. I wtedy też jest śmiesznie jak ktoś do nas puka, bo jest wcześnie, a my już śpimy. Albo rano ktoś puka, a zanim my znajdziemy klucz i otworzymy drzwi do segmentu to tego kogoś już nie ma ;p Atmosfera w segmencie jest w porządku.
Tutaj bardzo dużo się dzieje. Nie sposób tego wszystkiego opisać. Ale ten tydzień jest mistrzowski. Najpierw były trzy soboty, potem dwie niedziele, potem czwartek, dziś jest środa, a jutro znowu będzie czwartek, oszaleć można ;p. A w grudniu w środę będzie poniedziałek.
Jakoś mam dużo energii w sobie w tej chwili. Podoba mi się to, co studiuję, to czego się dowiaduję na matmie, na chemii, na pnomie, nawet te gwinty na grafice.
skomentuj (0)
Moja droga. 2010-11-07 22:41:20
Każdy lubi być chwalony, doceniany. Taka nasza ludzka potrzeba. Odkąd pamietam zawsze słyszałam słowa tego rodzaju aprobaty w domu, od rodziny, znajomych. Teraz, z pewnej perspektywy, nie tylko czasowej, jestem w stanie stwierdzić, że trochę się do tego chwalenia przyzwyczaiłam, a to chyba nie za dobrze.
Nowy rok, nowy start, nowi ludzie. A ja? Ja jestem w większości taka sama. Tylko wielu rzeczy mi brakuje. Najbardziej brakuje mi przyjaciół, tych, których miałam na co dzień, zawsze, kiedy chciałam - ktoś był. Każdego dnia miałam z kim porozmawiać o rzeczach ważnych dla mnie, ważnych dla nich i jednocześnie takich codziennych, prostych i drobnych, ale wspólnych. Teraz mam wrażenie, że straciłam to bezpowrotnie. Tak bardzo za nimi tęsknię. I tak bardzo jest mi przykro z tego powodu. Wiem, że nawiązanie przyjaźni wymaga czasu, ale nie chcę, żeby tamte zniknęły na zawsze. Tamci ludzie są dla mnie ważni. Nie chcę ich stracić.
Brakuje mi też tej aprobaty, docenienia w oczach innych. Wiem, że to płytkie i śmieszne, ale dla mnie to ma znaczenie. Jestem ambitna i mierzę wysoko, a chcę mierzyć jeszcze wyżej. Ale mam wrażenie, że to nadal zbyt nisko. Czuję się tak, jakbym spadała z mojej wysokiej półeczki, na której zawsze siedziałam, o kilka poziomów niżej. Brak jakichkolwiek sukcesów utwiedza mnie w tym przekonaniu. Że coś jest źle. Aktualnie czekam z niecierpliwością na wyniki kolokwium z matematyki i chemii. Będą to moje symboliczne sukcesy albo porażki. Bardzo znaczące. Chociaż trudne do interpretacji.
Pamiętam, jak w maturalnej klasie byłam na duchowym rozdrożu, pośrodku dróg, prowadzących w nieznane. Teraz czuję, że wybrałam autostradę. Bardzo niebezpieczną, bo niezwykle łatwo przegapić sensowny zjazd. Na autostradzie przeważnie jedzie się prosto, a więc nie wymaga to od nas większego wysiłku, ale to bywa zdradzieckie. Czasami chwila nieuwagi może okazać się tragiczna w skutkach. Jadąc szybko nie zauważamy mijanych krajobrazów, nie doceniamy ich, przez co wiele nas omija. Chciałam uniknąć polnych ścieżek. Wolę być nikim na autrostradzie niż królową na polnej ścieżce. Mam nadzieję, że moja autostrada w ostatecznym rozrachunku nie wyprowadzi mnie w pole.
skomentuj (0)
Moje życie studenckie po pierwszym miesiącu w Warszawie 2010-11-06 15:26:24
Już ponad miesiąc mieszkam w akademiku, w Warszawie. Czas na kolejne podsumowania. Kolokwium z matmy, kolokwium z chemii, trzy kartkówki z fiizyki, trzy z chemii, zaliczenie z TI. Koszmarne rysunki z grafiki inżynierskiej. Przyjemna koszykówka na wfie. Niepojęte wykłady z fizyki. Masa nowych znajomości.
Otrzęsiny w BlueCity. Dwie imprezy w Sezamie. Chociaż imprezy to zdecydowanie za duże słowo ;p Pierwsza zaczęła się zwyczajnie, w segmencie u jednego chłopaka, potem przeniosła się do kuchni, bo ludzie przestali się mieścić w pokoju. Było całkiem fajnie. A potem, punkt 23:00 wkroczył Pan ze straży akademickiej i zakończył imprezę. Cudownie. Ta druga niby-impreza była wczoraj. Zapowiadała się naprawdę duża sprawa. Ponad 160 osób miało być, ogłoszenia były porozklejane po całym akademiku. Ale jakoś tak śmiesznie wyszło, że wszyscy ci ludzie się rozproszyli i też lepszą imprezę robiliśmy sobie sami w segmencie, najpierw u nas, a potem u Izy. Później było jeszcze kilka śmiesznych akcji. Ogólnie piątek był świetny.
Przede mną długi weekend. Bardzo mnie to cieszy.
Nie mam natchnienia, może to efekt niedoboru snu. Ale bardzo mi się podoba to, że tutaj tak ogólnie to nawet się wysypiam. Na 8 mam tylko w poniedziałek i piątek. We wtorek na 9, w środę na 9:30, czwartek, co podoba mi się najbardziej, na 11. Gdyby nie grafika, czwartek byłby najlżejszym dniem.
skomentuj (0)